Dunedin – przylądek Otago – Moreaki – Oamaru

W nocy, gdy kończę pracować, okazuje się, że drzwi w kuchni da się otworzyć jedynie od zewnątrz. Chwila paniki, po czym zmieniam się we włamywacza i przy użyciu dwóch noży otwieram zamek. Jednak rano okazuje się, że mamy konkretniejszy problem. Jedna z opon nie ma kompletnie powietrza. Odnajdujemy w samochodzie narzędzia i zapasowe koło. Odnajduję warsztat wulkanizatora. Zamiast czekać na wymianę zostawiamy Jurka przy pracy w hostelu, a sami ruszamy odnaleźć najbardziej stromą ulicę świata – pochyloną pod kątem 30° Baldwin Street.

Czytaj dalej

Reklamy

Tuatapere – koniec świata (Catlins)

Z Te Anau kierujemy się dalej na południe na sam koniec Południowej Wyspy w stornę Catlins.Po drodze zatrzymujemy się w Yesteryears Museum w Tutapere. To niezwykłę prywatne muzeum / kafejka gdzie właściciele zgromadzili setki przedmiotów codziennego użytku sprzed kilkudziesięciu lat. Gra muzyka z prawdziwego gramofonu. Pijemy kawę. Pałaszujemy szarlotkę. Z właścicielką – Helen McKay – robimy sobie pamiątkowe zdjęcie.

Czytaj dalej

Park Narodowy Westland Tai Poutini (lodowce Franz Josef i Fox) – bliźniacze jeziora Wanaka i Hawea

Rano pogoda nadal przypomina dlaczego Maorysie nazwali Nową Zelandię Aotearoa – lądem długiej, białej chmury. Z nieba siąpi. Jest mglisto i…. jakoś tak byle jak. Wjeżdżamy do doliny lodowca Franz Josef – jednego z wielu lodowców parku narodowego Westland Te Poutini – z zamiarem szybkiego odhaczenia tego punktu programu.

Pogoda nie nastaraja.

Czytaj dalej

Park Narodowy Nelson Lakes – Punakaiki (Park Narodowy Paparoa)

Nocujemy na campingu nad jeziorem Rotoroa w parku narodowym Nelson Lakes, w samochodach, namiotach, a ja – tradycyjnie – w śpiworze na stole (po co rozbijać namiot, gdy nie szykuje się deszcz ?) W nocy odwiedza mnie przerośnięty wiewiór w postaci oposa.

Rankiem niestety spotykamy innego mieszkańca Nowej Zelandii – czarne milimetrowej wielkości meszki z gatunku Austrosimulium ungulatum. Krajobraz jest cudowny, ale meszki usiłują nas zeżreć żywcem. Tak poznajemy legendę Nowej Zelandii. Już w 1841 roku kapt. John Lort Stokes dowodzący Acheronem w trakcie opisywania fiordu Doubtful był pod takim wrażeniem spotkania z nimi, że zamierzał nadać nazwy Zatoka Meszek, Fiord Krwiopijców i Punkt Jadu właśnie odkrytym miejscom. Jednak wystarczy się ruszać, by ograniczyć skuteczność małych paskudników.

Czytaj dalej

Winnice Marlborough – Park Narodowy Abel Tasman

Z Picton jedziemy do Blenheim. Tu zaczynają się słynne winnice Marlborough ciągnące się w stronę Richmond. Zatrzymujemy się centrum dla odwiedzających, żeby zdecydować się, gdzie zatrzrmamy się na degustacje lokalnych winnic.

Jednak pierwszym punktem programu nie jest winnica ale fabryka czekolady Makana Confections. Ach – ten zapach! Ale ceny… niestety. Ruszamy dalej zaczynając z najwyższej półki – od winnicy Saint Clare Estates, gdzie – jak wyjaśnia nam Stefan – wina są najwyższej jakości, ale degustacja jest dość kosztowna (szczególnie, że w kolejnych winnicach degustacja była za darmo). Jednak miejsce prezentuje się wspaniale, rzędy winorośli kończą się panoramą gór. Kwitną róże. Obok można kupić produkowane lokalnie dżemiki (kupuję) i herbaty. Czytaj dalej

Stolica Śródziemia (miasto znane również jako Wellington) – Cieśnina Cooka – Picton

Zrywamy się przed świtem. Do Wellington, stolicy Śródziemia… eee… Nowej Zelandii mamy pięć godzin jazdy, a o 14:30 wypływa prom Interislander Aartere. To najlepsza pora na przepłynięcie nie tylko cieśniny Cooka ale przede wszystkim fiordów Marlborough Sound i Queen Charlotte Sound oraz łączącego je przesmyku Tory Channel. A jeszcze chcemy mieć parę godzin na zobaczenie stolicy Śródziemia na pięć dni przed premierą Hobbita.

Co godzinę zmieniamy się z Jerzym za kierownicą i do Wellington dociermay koło 11-ej, na poczcie kupujemy okolicznościowe znaczki i koperty wydane z okazji faktu, że Wellington za kilka dni na miesiąc oficjalnie zmieni nazwę na stolicę Śródziemia. Wszędzie wiszą bannery przypominające postaci z Hobbita J.R.R. Tolkiena. Nad wejściem do kina, w którym za pięć dni odbędzie się premiera góruje olbrzymia postać Gandalfa.

Wellington to bogate architektonicznie miasto, z pięknym portem, muzeami, sklepikami. Wędrujemy z Elą i Kasią wokół portu, zatrzymujemy się w Visitor Center, gdzie kupuję pamiątkową, hobbicką koszulkę z Gandalfem. Gdy wracamy do samochodu okazjue się, że jesteśmy pierwsi (a przynajmniej tak to wygląda z daleka – potem okaże się, że wszyscy już byli, tylko z daleka samochód wyglądał na pusty). Wracamy kawałek do sklepiku sprzedającego uniklane, ręcznie robione ubrania i biżuterię. Kasia wreszcie może przepuścić nieco kasy na „coś kobiecego”. Gdy ostatecznie kwadrans później docieramy do auta Jurek nerwowo sprawdza czas – mamy godzinę z niewielkim zapasem do odpłynięcia promu – a trzeba jeszcze przepakować samochody (na miejscu okaże się, że nie przepakować, a wypakować, i drugie auto odebrać w Picton po przeprawie Czytaj dalej

Mt Taranaki

Choć w planach mamy wejście na Mt Taranaki (2518 m npm) okazuje się, że w partiach szczytowych nadal panują warunki zimowe. Wejście wymaga użycie raków, czekanów oraz – przede wszystkim – doświadczenia w spinaczce w lodzie. Oznacza to, że musimy zrezygnować z wejścia na szczyt. Na szczęście Park Narodowy Egmont to nie tylko wulkan, ale również piękne, bogate deszczowe lasy pierwotne, nienaruszone przez ludzi, wodospady.

Dzień zaczynamy od wizyty w Taranaki Pioneer Village – skansen, w którym zgromadzono około 40 budowli z przełomu XIX i XX wieku obrazujących życie osadników w tym rejonie. Jest tu m.in. szpital, szkoła, sklepiki, studio fotografa, stacja telegraficzna. W tle wznosi się piękna, ośnieżona góra, a przed małymi domkami kwitną łany strokrotek. Czytaj dalej